Do tego przepisu osobiście wykorzystuję słoiki o pojemności około 350 ml. Z mojego doświadczenia najlepiej sprawdzają się słoiki proste, które nie mają żadnego przewężenia ani zagięcia przy samym gwincie. Dzięki temu gotowe, zastygnięte mięso znakomicie wysuwa się później ze słoika w jednym kawałku, który można idealnie kroić w plastry.
Jeśli nie mam pod ręką dobrego podgardla, sięgam po tłusty, surowy boczek wieprzowy, sprawdza się w tym przepisie super! Pamiętajcie, że ten tłustszy dodatek jest tutaj kluczowy. To właśnie dzięki niemu mięso ze słoika zachowuje niesamowitą soczystość i nie wychodzi suche.
Dzięki temu, że stosuję tyndalizację, czyli potrójną pasteryzację, moje domowe konserwy bez problemu stoją w chłodnej i suchej spiżarce przez 6-12 miesięcy. Robię zapasy raz, a potem mam spokój na długi czas.
Kiedy już otworzę słoik i usłyszę to charakterystyczne kliknięcie wieczka, napoczęte mięso od razu chowam do lodówki. Staram się je zjeść w ciągu 3–5 dni, choć u mnie w domu zazwyczaj znika od razu po otwarciu!