Śpiewała, by opłacić leczenie matki, nie wiedząc, że milioner–sędzia, który jej słuchał, był jej ojcem

— Nie chcę być sławna. Chcę tylko, żeby moja mama dalej żyła.

Te słowa zatrzymały kobietę, która właśnie wrzuciła do futerału gitary dwa tysiące pesos. Przed nią stała Valeria Cruz, siedmioletnia dziewczynka śpiewająca pod dachem stacji kolejki lekkiej w Guadalajarze. Miała wyblakłą niebieską sukienkę, starte tenisówki i instrument zbyt duży jak na jej drobne ramiona, ale jej głos niósł coś znacznie większego niż dziecięca odwaga.

Valeria nie śpiewała dla zabawy. Śpiewała, bo w domu jej mama, Mariana Cruz, czekała na operację, której nie można było już odkładać. Choroba postępowała, a rachunki rosły szybciej niż siły rodziny. Badania, leki, dojazdy do szpitala i tygodnie bez pracy sprawiły, że zwykłe życie stało się walką o każdy dzień.