– Dobrze – powiedział w końcu do swojego doradcy. – Niech przygotują kosztorys. Ale i tak chciałbym porozmawiać z kimś, kto naprawdę decyduje. Z właścicielem. Da się to zorganizować?
– Da się – odparłam. – Właściciel właśnie siedzi naprzeciwko pana.
Powiedziałam mu, że jestem Izolda Tarasowa, że biuro nosi moje nazwisko nie przez przypadek i że podpis pod umową składam ja. Wyjaśniłam też spokojnie, że bez mojego zespołu i bez opatentowanego rozwiązania ze światłem ten projekt byłby tylko kolejnym zbiorem wież.
Kożewnikow najpierw zamilkł, potem odchrząknął i po raz pierwszy spojrzał na mnie inaczej. Nie z góry. Po prostu uważnie.
Bo czasem nie trzeba podnosić głosu, żeby odzyskać miejsce przy stole. Wystarczy mówić pewnie, znać swoją wartość i nie pozwolić, by ktoś pomylił cię z tłem.
Krótko mówiąc: to była prezentacja, podczas której lekceważenie zamieniło się w nauczkę, a „sekretarka” okazała się osobą, bez której cały projekt nie miałby sensu.
