Upadek
Wszystko zmieniło się pewnego listopadowego dnia, gdy na oblodzonym chodniku poślizgnęłam się i upadłam. Ból był nagły i tak silny, że na chwilę odebrało mi oddech. Potem była karetka, jasne światło izby przyjęć, chłód metalowych narzędzi i krótki, surowy wyrok lekarza: długi czas w łóżku, a potem mozolna nauka chodzenia od nowa.
Po dwóch tygodniach wróciłam do domu. Witek wynajął ludzi, by wnieśli mnie na czwarte piętro, bo winda znowu była zepsuta. Ułożono mnie w naszym łóżku, na głośnym materacu przeciwodleżynowym. Leżałam bezradna, zdana na innych, słysząc w kuchni brzęk garnków i szum wody, i myślałam tylko o tym, że zaraz zmęczy się moją obecnością.
„Kto potrzebuje ciężaru?” – ta myśl wracała do mnie codziennie, gdy patrzyłam na własną bezsilność.
