Zgodziłam się, ale postawiłam jeden warunek:
- nie będę skakać wokół niej,
- to miał być nasz urlop,
- jeśli przyjedzie, sama musi uszanować nasze zasady.
Przyjechała następnego dnia. Punktualność nie była jej mocną stroną, ale za to wejście miała spektakularne. O dziesiątej rano otworzyłam drzwi w piżamie, z kubkiem kawy w ręku, a ona od razu obrzuciła mnie krytycznym spojrzeniem.
Najpierw skomentowała, że śpię za długo. Potem, że w mieszkaniu „za mało domowo”. Następnie zaczęła sprawdzać kurz na meblach i oceniać nasze firanki, jakby była w komisji odbioru lokalu.
Do południa zdążyła już ustalić własny plan dnia. Głośno oznajmiła, że obiad powinien być o pierwszej, najlepiej lekki, najlepiej zupa, ale bez ogórków. Powiedziała to tonem, jakby wydawała zamówienie w restauracji.
Wtedy zrozumiałam, że ona nie przyjechała w odwiedziny. Ona przyjechała przejąć dowodzenie.
