Walentina Stiepanowna uderzyła szeroką dłonią w poręcz werandy tak pewnie, jakby od dawna była tu jedyną gospodynią. Drewno nawet nie jęknęło — porządny dom, budowany z myślą o latach.
Weronika odstawiła na stół słoik z ogórkami. Zrobiła to zbyt gwałtownie, a szkło zadźwięczało o blat. Plecy bolały ją po całym dniu pracy w ogrodzie, ale nie pozwoliła sobie na grymas.
— Za wcześnie na świętowanie, Walentyno Stiepanowno.
Teściowa spojrzała z pogardą na kuchnię. Szafki, które Weronika składała sama, były kupione z drugiej ręki, po ogłoszeniach. Dla Walentyny to i tak nie miało znaczenia.
— A po co mam czekać? Mój Tołik dawno złożył pozew. Jesteście po rozwodzie. Ty już dla nas nikim nie jesteś.
Weronika tylko przemyła dłonie pod cienkim strumieniem zimnej wody. Kłótnia z tą kobietą i tak nie przynosiła niczego dobrego. Minął już ponad rok od rozwodu. Były mąż odszedł do „nowego życia”, zostawiając po sobie niespełnione obietnice, rachunki i porzuconą działkę. Alimenty płacił skąpo i z opóźnieniem, a ona sama utrzymywała dwoje dzieci i całą codzienność na swoich barkach.
— Ziemia jest moja — odparła teściowa chłodno. — To ja ją kupiłam.
Na te słowa Weronika tylko spokojnie skinęła głową. Ziemia rzeczywiście była zapisana na Walentynę. Ale dom? To już była zupełnie inna historia.
