W kuchni panował duchotny, świąteczny rozgardiasz. Na blacie stała miska sałatki, obok leżały oliwki, a w tle mały Miszka jeździł po podłodze samochodzikiem, co chwilę zahaczając o nogi stołu. Oleg siedział z telefonem, całkowicie pochłonięty grą, jakby przygotowania do świąt same miały się zrobić.
— Mama powiedziała, że w tym roku znowu przyjadą do nas na Sylwestra i Nowy Rok — rzucił od niechcenia. — A propos, dokupiłaś majonez?
To pytanie było jak zapalnik. Marina odłożyła nóż i odwróciła się do niego gwałtownie.
— Naprawdę pytasz mnie o majonez, kiedy oznajmiasz, że cały tłum znowu zwali się do naszego mieszkania? — powiedziała ostro. — W zeszłym roku dzieci rozrysowały mi ściany, twoja siostra pożyczyła sobie moją bluzkę bez pytania, a twoja mama jeszcze przez tydzień opowiadała wszystkim, że źle robię pierogi! Mam dość.
Oleg spojrzał na nią z mieszaniną zdziwienia i irytacji.
— Przesadzasz. To tylko dwa dni. Rodzina to rodzina. Trzeba mieć cierpliwość.
Marina zaśmiała się krótko i gorzko.
— Cierpliwość? Zeszłoroczna już się skończyła. W tym roku wybieram siebie.
