Ja natomiast budowałam wszystko bez proszenia o pozwolenie. W wieku 22 lat zaczęłam pracować w logistyce medycznej. Nie było w tym nic efektownego, ale szybko okazało się, że mam do tego talent. Organizowałam pilne transporty leków, sprzętu i materiałów medycznych, które musiały dotrzeć na czas. Z czasem moja firma rosła, aż zaczęła działać w kilku krajach Ameryki Łacińskiej i Europy.
- pracowałam do późna w nocy,
- odwoływałam urlopy przy każdej nagłej sytuacji,
- przegapiłam niejeden rodzinny moment, bo trzeba było ratować kolejne zlecenie.
Kiedy sprzedałam część firmy, kupiłam prywatny odrzutowiec. Nie po to, by się chwalić, tylko po to, by pracować sprawniej i bezpieczniej. Samolot był zarejestrowany na moją spółkę. To ja opłacałam załogę, paliwo, serwis i wszystkie koszty. Był mój. Naprawdę mój.
Ale popełniłam jeden błąd: pozwoliłam rodzinie nazywać go „rodzinnym odrzutowcem”. Początkowo nie przeszkadzało mi to. Kilka razy polecieli nim moi rodzice. Sofía, Alejandro i ich dzieci również raz z nami podróżowali. Dzieci były zachwycone widokiem chmur za oknem. To były piękne chwile. I właśnie dlatego nie spodziewałam się tego, co wydarzyło się później.
Tego ranka przyjechałam do prywatnego hangaru w Guadalajarze przed ważnym wyjazdem służbowym do Madrytu i Paryża. Myślałam o kontraktach i spotkaniach. Nie myślałam, że moja własna rodzina przygotowuje dla mnie niespodziankę.
Gdy otworzyłam drzwi, zobaczyłam białe kwiaty, stół z szampanem, fotografa… i wielką złotą wstążkę zawiązaną na przodzie mojego samolotu.
Stała tam Sofía z mężem i dziećmi, moja mama promieniała dumą, a ojciec wyglądał na zaskakująco spokojnego. Mama podeszła do mnie z uśmiechem:
