Życie we troje, które nie było życiem
Wiktor nie zamierzał niczego zmieniać. Oświadczył, że nie odejdzie od Swietłany, ale i Tatyany nie zostawi. Chciał, by wszystko trwało tak jak wcześniej, jakby człowiek mógł po prostu podzielić życie na dwie części i udawać, że to normalne.
Tatyana zgodziła się. Nie z miłości, nie z akceptacji, lecz z bezradności wobec lat, domu, opinii ludzi i własnego lęku przed nowym początkiem. Miała czterdzieści pięć lat i wydawało jej się, że na zmianę jest już za późno. W jej decyzji było więcej zmęczenia niż zgody.
Tak minęły kolejne miesiące, a potem lata. W domu nadal wszystko wyglądało znajomo: gotowanie, sprzątanie, ogród, czekanie. Ale pod spokojną powierzchnią rosło napięcie, którego nikt głośno nie nazywał. Tatyana wiedziała, że nie żyje już w małżeństwie, lecz w dziwnej umowie, zawartej z bólu i wstydu.
W tym czasie dzieci były już daleko. Syn i córka mieli własne życia, własne rodziny, własne troski. Tatyana coraz częściej rozumiała, że samotność nie zawsze przychodzi nagle — czasem osiada w domu powoli, jak kurz na meblach, których nikt nie ma siły codziennie przecierać.
